Wycieczka do Trójmiasta 9-11.X.2003
Przedmowa
To moja pierwsza relacja z tego typu imprezy, więc za niedociągnięcia przepraszam. Koledzy śmiali się, że notes wziąłem ze sobą, ale okazał się przydatny. Wszelkie uwagi pomogą mi przy następnej, więc proszę się nie krępować i pisać w komentarzach.
Po drugie chciałbym przeprosić za nieprofesjonalne podejście do sprawy i za to, że jakby nie patrzeć relacja skoncentrowana jest na tym co działo się wokół mnie i nie do końca oddaje całość wyjazdu, a jedynie jego kawałek.
Dosyć przeprosin, teraz komunikaty :)
- Otóż niektórzy z was mogą stwierdzić, że zanudzam moja odp.: nie chcesz nie czytaj.
- Inni mogą stwierdzić, że teksty i sytuacje które podałem za zabawne wcale takie nie są, moja odpowiedź brzmi: zawsze tak jest, że co innego
jest jak samemu się coś widzi i przeżywa a co innego o tym przeczytać. Na komizm sytuacji składa się wiele czynników i nie da się jej w pełni oddać nawet opowiadając, a co dopiero w tekście pisanym! Nadal uważasz, że to nie ma prawa być zabawne: patrz punkt 1.
- Nie miałem ze sobą żadnego aparatu (oprócz tego telefonowego czegoś), a więc nie mam żadnych zdjęć. Miło byłoby gdybyście jakieś podesłali - umieściłbym je i razem z relacją oddawałaby w większym stopniu to wydarzenie.
Zapraszam do czytania i życzę przebrnięcia przez cały tekst.
DZIEŃ 1 (9.X.2003)
Planowany odjazd był o 8.oo i autokar miał o tej godzinie odjechać niezależnie od stanu pasażerów.
Pod szkołą przed 8.oo zebrała się już spora ilość osób, w ruch poszedł boombox P.Aszklara.
Kiedy przyszedłem stał już jakiś autokar, jak się później okazało jechała nim jakaś klasa pierwszoklasistów
na warsztaty z prof. Nowakowską. Szkoda bo ich autokar był fajny, a nasz przyjechał spóźniony i był trochę gorszy
od tamtego. No nic wrzuciliśmy bagaże, zajęliśmy miejsca i o 8.14 odjechaliśmy z pod szkoły.
Wycieczka się rozpoczynała!
W 10 min po odjeździe z tyłu autokaru wzniesiony zostaje toast za udaną wycieczkę Smirnoffami Ice'ami. W autokarze większość się chyba nie nudziła.
Ludzie spali, słuchali discmana, debatowali, grali w karty dużo się rzeczy działo. Dużo muzyki, muzyka uszlachetnia, było radio kierowcy
(którego szybko poprosiliśmy o jego wyłączenie), boombox i mnóstwo słuchawek na uszach. Wychodzi, że jesteśmy wrażliwą klasą, bo słuchamy dużo muzyki,
czy jakoś tak. Przeplatał się hip-hop z technem, rammsteinem i innym rockami, kultami i myslovitzami. Ale dosyć tego pisania o niczym.
Konkrety... Ok. 12.oo dotarliśmy do Torunia i udaliśmy się pod PTTK po naszego przewodnika. Przewodniczką okazała się starsza pani, jak ktoś trafnie stwierdził
podobna do naszej historyczki (styl opowiadania, zwracanie się do grupy, zwracanie uwagi, dowcip itd.), która miała specyficzne poczucie humoru i sypała co chwila dowcipami.
Wpierw udaliśmy się do jednej z kamienic - domu Mikołaja Kopernika, gdzie obejrzeliśmy makietę przedstawiającą historię i rozwój miasta. Pogoda przyzwoita, choć zmienna: raz słońce, raz mżawka.
Nic niezwykłego: niektórzy oglądali ją plecami (np. Hubert), inni się spóźnili (Bujak). Później zwiedzanie starego miasta, przejście głównym deptakiem miasta: Muha z Rafałem
wypatrują fajnych dziewczyn, zakupy: każdy po chwili miał reklamówkę z toruńskimi piernikami (ja swoich nie przejadłem i przywiozłem do domq gdzie szybko zeszły). Obiad w ratuszu:
barszcz czerwony z pasztecikami, kotlety ziemniaczane nadziewane smażonką i grzybami. Kazali sobie płacić za toaletę - oburzające :| . Po jedzeniu udaliśmy się do planetarium, na
interesującą prezentację naszej galaktyki: planet i ich księżycy oraz słońca. Bardzoooooo wygodne fotele, przygotowane specjalnie dla zmęczonych wycieczek. Większość się domyśliła po co
zgasło światło i poszła w kimę :D Siedzący koło mnie Bratek dosyć szybko, ale drugą połowę już oglądał. Ja zasnąłem oglądając nasz Księżyc, a obudziłem się już na Słońcu (króciutko spałem).
Mimo że profesor groził nieobecnościami czy czymś tam innym tym którzy zasną, on też się chyba zdrzemnął :D (jak z nim rozmawiałem po seansie stwierdził, że to przez zmienną pogodę i ciśnienie).
To tyle z Torunia: jedziemy do naszego ośrodka w Gdańsku! W autokarze działo się dużooo. Kiedy zrobiło się już ciemno - to jest kawałek między tymi miastami jednak - Dominik który chciał kulturalnie poczytać sobie Filipinkę
nie dał za wygraną: wziął swój telefon i przy nim czytał :D , no cóż - postawił na swoim. Później kiedyś kierowca włączył światło. W czasie pokonywania tego odcinka Maciek przypomniał sobie, że Muha nie znalazł
u siebie kieliszków i trzeba je kupić na stacji. Zaczął więc krzyczeć: "Siusiu! Siusiu!" co oczywiście odniosło zamierzony skutek i zatrzymaliśmy się na najbliższej stacji (ze sklepem na szczęście) i kupiliśmy kubeczki
plastikowe bo nie było kieliszków : ). Dominik, któremu nudziło się wyjątkowo wkładał sobie różne rzeczy do ust - banana, telefon... Dojeżdżamy w końcu na miejsce i co widzimy? W dzielnicy w której mamy mieszkać co chwila jakaś ekipa
dresów machająca do nas po gościnnemu :D zapada atmosfera napięcia i grozy :D dodatkowo każdy jest ciekawy jaką ruderę nam dadzą i co kryje się pod magicznym terminem: "domek typu wieżyca".
Domki były bardzo ładne i zadbane, co mnie pozytywnie zaskoczyło =]. Od razu polecieliśmy na kolację: zupy nie pamiętam, a na drugie był kotlet z kurczaka i niedobra sałatka (którą Hubert w formie manifestu zwrócił).
Rozmieszczenie ludzi względem domków (pokojów):
- Maciek, Rafał, Muha, Hubert, Dominik, Gonzo, Hitler
- Bratek, Marek, Bartek Łoszewski, Paszklar
- Mariola, Danusia, Daria, Anka L, Olga
- Siara, Artur Wiliński, Stańczyk, Kujaszewski, Kosik
- Strzała, Ganda, Karol, Pikaczu
- Paula, Marta, Kasia, Anka Z.
- Profesorowie Bujak i Gładkowski
- Kierowca
NOC 1 (9-10.X.2003)
Po kolacji profesor dał nam możliwość wyboru sposobu spędzenia wieczoru. Mogliśmy: pójść nad morze (przez las 2,5km), zrobić jakieś ognisko (było mokro więc chyba ta opcja odpadła), bądź też pozostać w domkach i odpoczywać.
"Jakby to było, gdyby się nie wydarzyło..." i Rafał z Muhą, Dominikiem i Hubertem nie chcieli pójść nad morze? Nie wiadomo, bo poszliśmy. Wspomniani panowie tak bardzo chcieli iść, że zebrali całą klasę przed profesorem (wkręcając tych którzy nie chcieli iść, że to obowiązkowe,
a potem mówiąc profesorowi, że wszyscy chcą :]) Ideą wyjścia podaną przez Muhę było klepanie się z miejscowymi dresami - większość osób nie wzięła portfeli i telefonów. I tak o 21.45 wyruszyliśmy po naradzie i poradach Gładkowskiego (który wbrew pozorom chyba najbardziej się obawiał kontaktu z miejscową ludnością) i Bujaka (instruującego nas jak reagować na zaczepki, kto ma gdzie dzwonić itp.) w długąąąąąąąąąąąą podróż. Szliśmy chyba ze 30-40 min (miało być 15 min ;)) w jedną stronę i szczególnie idąc nad morze się dłużyło...
Droga nieoświetlona, w około las i idzie wycieczka z Warszawy nad morze o 22 :D. Mimo że na początku uważałem to wyjście za głupi pomysł, teraz się cieszę, że tam poszliśmy :). Z Muhą zrobiliśmy nawet zamek z piasku z wałem przeciwpowodziowym i fosą!!! Zobaczyliśmy morze o tej porze roku, nawdychaliśmy jodu i wróciliśmy (to byłby wstyd gdybyśmy będąc w Trójmieście nie poszli na plażę!).
Droga powrotna zleciała dużo szybciej. Ale nie obeszło się bez zonków. Maciek, który dowiedział się, że 2 jego współlokatorów nie widzi już sensu w piciu tej nocy, postanowił zbadać nastroje ogólnoklasowe pod tym względem i zaczął każdego pytać: "Pijecie coś dzisiaj jeszcze?". Odpowiedzi były w większości twierdzące, stąd też zdziwienie Maćka,
gdy zapytani o to: Marek, Bartek Łoszewski, Paszklar nie odpowiedzieli. Maciek spojrzał do tyłu a tam profesor Bujak za nimi, bo Maciuś doszedł do końca pochodu. Zaczął coś tłumaczyć o Coli, pytać, czy już zaraz idą spać itp. W każdym razie resztę drogi powrotnej spędził już na rozmowie z profesorem, którą sam zaczął - próbując wyjść jakoś z głupiej sytuacji...
Dowiedziałem się m.in. że profesor był wybitnie uzdolnionym uczniem. W domu uczył się tylko chemii reszty nie musiał, bo uczył się na bieżąco. Na świadectwie maturalnym i na studiach miał same bardzo dobre. Byłem też świadkiem jak grupka miejscowych śmiała się z profesora - szedł w swojej czapeczce "kogut".
Zacząłem też temat wycieczki wiosennej i mówiąc o powszechnym niezadowoleniu z powodu planowanego zabrania nam weekendu na rzecz wycieczki otrzymałem informację, że prawdopodobnie będzie ona tak jak teraz czwartek - sobota.
Po powrocie każdy we własnym zaciszu robił co chciał - profesor poszedł spać. Najlepiej wiem co działo się u mnie więc to pokrótce przedstawię resztę akcji możecie mi przesłać to dopiszę!).
Jak prawie wszyscy - my również piliśmy: oprócz Hitlera (który postanowił choć raz nie pić) i Dominika, który nie jest sportowcem.
Muha i Rafał potraktowali ten wieczór lightowo i po paru kolejkach stwierdzili, że nie wchodzi im alkohol wysokoprocentowy tego dnia i nie będą nic robić na siłę, bez przyjemności. Alkohol ich został odsprzedany. Leciały fajne teksty:
Rafał, czytający Filipinke do Muhy: "Muha czemu ty nie jesteś taką fajną dupcią?"
"Wódka to nie alkohol" - Hubert
Paweł okazał się hardcorowcem z wyboru i pił dla tzw. jak najszybszego efektu. Udało mu się :) Rafał uznał Dominika za wzór do naśladowania: nie pije, nie pali :D.
Zrobił to jednak pochopnie, gdyż Dominik, mimo że początkowo miał nie pić, w końcu się skusił (jak to Rafcio zwykł mawiać: Człowiek nie kaktus pić musi.). I go kopnęło: połączenie jego białek, energy drinka i 2 kolejek dało efekt. Oto skutki:
"Chyba śpię, ale nie jestem pewien" (1.5o)
Rafał: "Dominik sobie chyba laskę robi."
Dominik: "Chłopaki, nie wiem co mówicie, ale to nie jest śmieszne"
Nasz pokój był ułożony i wcześnie poszliśmy spać :). Ostatnimi byli Maciek i Hubert, którzy założyli sobie, że jak to Hubert nazwał dojadą do Kabat (wypiją do końca całą butelkę - przyp. red.). Oto jeden z interesujących kawałków (gdzieś w okolicach Ursynowa - Stokłos padł ;)):
"pijmy za nasze wspólne dziewczyny" - Hubert. Wszyscy spali oprócz nas i jak się okazało Muhy, którego ten text rozbudził i rozbawił =].
Z tego co działo się w innych domkach wiem o spotkaniu towarzyskim większości klasy w domq Mariolii, Darii, Danusi, Ani L. i Olgi, gdzie to wpadałem z Hubim od czasu do czasu.
Miało tu miejsce ciekawe wydarzenie, które mnie niestety ominęło - byłem przed i po, więc nie będę pisał tego czego sam nie widziałem, a o czym i tak wszyscy wiedzą (chodzi tu a Mariolę i Darię).
DZIEŃ 2 (10.X.2003)
Zaczynamy od śniadania. Była szynka, ser i pomidory - które koledzy z mojego stołu zjedli przed moim przyjściem!!! wrrr...
Po śniadaniu zwiedzanie Gdańska jako przewodnik starszy, sympatyczny pan, który był łącznikiem podczas II Wojny Światowej w Wilnie. Był spoko, tyle że mógłby przestać nawijać kiedy wsiadamy do autokaru, ale on wyznawał zasadę: mów, mów nawet jak nie ma o czym. Chwilami było to irytujące, a na pewno męczące.
Zwiedziliśmy Westerplatte, Port Północny. Odbyliśmy krótki Rejs - profesor zabawnie wyglądał w swoim kapturze (padało i wiało). Siara nie miał szczęścia i dwa razy został ochlapany przy małym przechyle wodą z plandeki - dachu. Po rejsie zwiedziliśmy Błyskawicę (zamiast Oceanarium). Przewodnikiem był marynarz, który dla odmiany nie mówił nic :D
Przy wejściu na okręt było zabawnie: Marynarz, stojący przy trapie, z listą jakąś pyta nas:
"Maryniarz":Jak wasz profesor się nazywa? MY:Józef Bujak ON:Bujak? MY:Bujak ON:hahahahahahahahahhahahaha Bujak! haha
Jedynym momentem kiedy nasz przewodnik marynarz się odezwał było przy kotwicy na dziobie. Ostrzegł żeby uważać i nie wpaść do takiej dziury na kotwicę bo raz chłopak mu się poślizgnął wpadł tam i połamał się (nie, nie wpadł do wody - zatrzymał się na kotwicy).
Następnie pojechaliśmy na obiad. Każdy dostał po 10 zł i poszliśmy do McDonalda. Próbowaliśmy nawciskać nieważne kupony, niektórym się udało innym nie (mi np. nie: gdy zamówiłem, ona krzyknęła tradycyjnie "Potrójny Cheeseburger" a tu głos z kuchni "Nie mamy/robimy ich jeszcze", ona patrzy na kupon i odkrywa, że to od grudnia :D).
Po posiłku udaliśmy się na molo, gdzie:
"na molo nie ma sklepów" - Dominik; naturalnie wiadomo o co mu chodziło, ale śmiesznie zabrzmiało - tak odkrywczo :D.
Molo było pechowe, bo idąc na nie od autokaru wypadł mi przez nogawkę telefon do kałuży i przez chwilę nie działał, a Paszklarowi upadł aparat. Po molo było przepiękne stare miasto, kamienice i znowu główny tarakt - powinni coś takiego zrobić w wawie, bo to wstyd nie mieć (był w Toruniu, był w Gdańsku, czemu nie u nas?).
Problem był z zapasami w pokojach, kiedy dostaliśmy chwilę wolnego czasu, wszyscy wyskoczyli do sklepów spożywczych. Zaopatrzeniowcem był Rafał bo reszta nie wzięła dowodów. Dziękujemy Ci Rafałq :) (nie wiem kto się podpisuje pod tymi podziękowaniami, jeżeli nikt to ja tylko dziękuje :D). Po zakupieniu czegoś do picia wiele osób poszło na pączki i drożdżówki po 6o gr -
wyprzedaż zrobili bo zaraz zamykali (noccc już była prawie - 19.3o). Pączków nie mieli już, ale drożdżówki były spoko. Tak na marginesie koło Wołoskiej pączki są po 5o gr :]. Wróciliśmy na kolację, gdzie zaserwowano nam pomidorową i kotleta (znowuuu).
NOC 2 (10-11.X.2003)
Po kolacji znowu do pokoi. I znowu bardziej o nas... Muha, Maciek i Rafał poszli się wykąpać, żeby potem w nocy móc pójść spać w każdym momencie (Marek, Bartek, Aszklar i parę osób też na to wpadło bo musieliśmy czekać na prysznice). Nic nie byłoby w tym nadzwyczajnego gdyby nie kolejny wykręcony pomysł, tym razem Maćka, żeby nie marnować czasu i tam w cieple sobie wypić po browarq :D.
Słowo się rzekło i tak też się stało. Nasz pokój w większości tego dnia leciał na złocistym napoju. Tej nocy odbyła się kolejna część spotkania u Mariol i Olg. Ponownie były akcje :D. Odbyła się tradycyjna bitwa Rafała z Muhą (kolejność dowolna). Walka była toczona bez powodu i nic w niej nie byłoby wyjątkowego,
gdyby nie przypadek, że na ten czas przypadł Bujak checkpoint. Prof. wbił się do domku (ktoś nie zamknął drzwi), a w tym samym momencie Muha powiedział do Rafała: "Do lachy.". Profesor skwitował tą sytuacje słowami: "Panowie, myślę że to nie są zabawy na poziomie licealistów".
Kazał również rozejść się do swoich domków i iść spać. My tak zrobiliśmy - nie wiem jak reszta... Tej nocy Dominik, mimo że nic nie pił, ponownie zabłysnął:
"Donatello brzmi jak Dominik" - powiedział apropos rozmów o Żółwiach Ninja.
DZIEŃ 3 (11.X.2003)
Tak samo jak i dzień wcześniej śniadanie odbyło się o 8.oo. Po śniadaniu pakowanie i ogarnięcie domków (domek Maćka i reszty podobno był najsłabiej ogarnięty i zebrałem naganę od prof. Gładkowskiego, kiedy inni zanosili bagaże).
Wyruszyliśmy w drogę powrotną o 9.2o. Udaliśmy się do Malborka, podziwialiśmy zamek krzyżacki :). Dla odmiany była tu młodsza przewodniczka, zaniżająca średnią wieku przewodników na tej wycieczce. Po zwiedzaniu był obiad w restauracji Staropolskiej (rosół + jakieś mięsko: nie kotlet :D). Po obiedzie zakupy w supermarkecie pobliskim. Rafał podrzuca kondony Strzale, a ten zmieszany mówi ekspedientce: "Nie, to nie moje" Powstało takie małe zamieszanie przy kasie, a
ekspedientka spojrzała się podobno na Michała jak na dziecko, które lubi robić głupie żarty. Ostatnim punktem programu był Grunwald, którego zwiedzanie planowane było na kilka minut, przedłużyło się jednak ze względu na awarię autobusu (nie wiem na czym polegała - chyba coś ze światłami). W końcu kierowca uporał się z tym i powiedział uradowany:
"Teraz działa nawet za dużo! Działa nawet to co nie powinno działać" mówi dumny i zadowolony z siebie.
Kierowca swoją drogą był ciekawą postacią :D. Pierwszego dnia przekroczył prędkość i płacił mandat. Ogólnie jakiś nierozgarnięty był. Przyłapał Dominika piszącego na brudnym autokarze HWDP i zagroził myciem całego autokaru. Od tego czasu cały czas wyklinany był przez Donatella.
Zatrzymaliśmy się za jego chyba sprawą dwa razy w ciągu niespełna godziny (kupił sobie jakąś zupkę, potem kawę). Na pierwszym z tych postojów obejrzeliśmy kawałek meczu, resztę dosłuchaliśmy w radiu: Polska w końcu wygrała (2:1), ale Szwecja zawiodła przegrywając z Łotwą u siebie! ehhh...
W drodze powrotnej dużo osób spało, inni słuchali muzyki - tak samo jak w tamtą stronę to wszystko wyglądało. W Warszawie byliśmy o 2o.4o.
Podsumowując, wycieczkę zaliczyłbym do udanych i jak na razie potwierdza się, że wycieczka z profesorem Bujakiem równa sie dobrej zabawie :). Nie można powiedzieć, że nie była męcząca, ale zostało to wynagrodzone ładnymi widokami, świeżym powietrzem i mile spędzonym czasem. Dużo lepsze to niż szkoła i dziwię się tym którzy na takie wyjazdy nie jeżdżą... Więcej takich imprez :)
Gratuluję jeżeli to czytasz oznacza to teoretycznie, że przeczytałeś cały tekst. W praktyce mogłeś tu po prostu zjechać na dół rolką w myszce lub z boku ekranu (jeśli tak to nie bądź taki coco-jumbo i do przodu i bierz się za czytanie). Jeżeli jednak przebrnąłeś przez relację to nieźle i zdradzę Ci, że są to cztery strony A4 w Wordzie czcionką Times New Roman: 10. Wyobraź sobie ile ja się przy tym narobiłem... Wszelkie sugestie, komentarze, coś co pominąłem, przeinaczyłem piszcie w komentarzach lub na maila, obiecuje to rozpatrzyć. Powtarzam prośbę o zdjęcia...
Zdjęcia:
wprawdzie nie dostałem żadnego, mimo to udostepnie światu zdjęcie rozliczenia powycieczkowego, którem może pomóc
w przypomnieniu sobie (dowiedzeniu się) jak to wyglądało. Sam tytuł wycieczki na rozliczeniu przedstawiony oddaje prof. Bujaka :D
Rozliczenie